fbpx
Close
Close

Brak produktów w koszyku.

Gwarantuję, że piękniejszego tekstu o prasowaniu bielizny nie czytałaś…

Gwarantuję, że piękniejszego tekstu o prasowaniu bielizny nie czytałaś…

W moim życiu bardzo często dzieją się magiczne dzieci. Bóg zsyła mi niespodzianki każdego dnia, jedna z nich zdarzyła się ostatnio. To była zwykła rzecz, a jednocześnie było w niej tyle niezwykłości…

Prasowanie – błaha prosta rzecz. prasowanie ubrań. Utrapienie gospodyń domowych, które muszą prasować ubranie całej rodzinie. Przecież takie pomiętolone nie wygląda zbyt dobrze… Prasowanie jest również moim utrapieniem. Gdy straciłam mamę miałam 7 lat, i ostatni raz wtedy ktoś mi prasował ubrania z miłości. Sama musiałam przejąć dowodzenie nad tą czynnością, później jeszcze prasować młodszemu bratu do szkoły. Dziś prasuję moim dzieciom, bądź raz na dwa tygodnie przychodzi pani do pomocy w domu, której również szykuję niezłą kupkę prasowania.

Zawsze robiłam to sama, albo komuś płaciłam. I gdy przyjechała moja Dorotka (po krótce o historii naszego poznania możecie przeczytać TUTAJ), by popilnować dzieci, bym mogła pójść na bal, ona to zrobiła. Tak po prostu… a później jeszcze o tym tak pięknie napisała.

Ta historia wrusza niesamowicie. Tak zwykła, a tak niezwykła rzecz, przeczytajcie:

Kosz był pełen niekompletnych skarpetek, wrzuconych niedbale koszulek ze śmiesznymi stworkami, majteczek tak maciupkich, że dawały się złożyć tylko na dwa. Ubranek pachnących świeżym praniem, ręczników i ściereczek. W tym wiklinowym owalu kumulowało się przyczajone życie rzeczy, za chwilę do nałożenia. Ubrań tęskniących za ciepłym ciałem, jeśli szukać jakiejś metafory, neutralizującej zwyczajność białego kosza z niedbale wrzucanym do niego praniem. Stał, jak wiele rzeczy w tym dużym domu, czekając na swoja kolejkę podczas sprzątania. I na panią, która za opłatą, doprowadzała dom do porządku.

Mijałam go wiele razy, za każdym był w tym samym miejscu, tuż przy garderobie, na pierwszym piętrze. Niemy świadek codzienności domowników. Ale dopiero kiedy położyłam chłopców do łóżek, po cowieczornej porcji mleka, wygłupów, łazienkowej celebry, wieczornej modlitwy i porcji wierszy -poczułam, że ten kosz od dawna czeka na mnie.

Zasnęli szybko. Oliś pierwszy, potem Kubuś wtulił się w ciepły bok brata i za chwilę jego też nie było. Przez niedbale zasunięte zasłony do pokoju wkradało się wielkie oko lutowego księżyca, wiszącego nad domem na skraju miasta. Na dole pikał laptop, odbierając komunikaty od bliskich, którzy zostali w sobotni wieczór w domu. Włączyłam żelazko i za chwilę składałam gorące od pary mikro bluzeczki z tygrysami, przedszkolne piżamy, wymieszane na dnie z ubraniami mamy. Były też koronkowa bielizna i dziewczęce skarpety, leginsy i męskie koszulki, do których dokopywałam się jak do skarbów w pirackiej szkatule. Wszystko, co przykrywa ciało tej czwórki domowników leżało teraz w moich rękach. Składałam i segregowałam, rozpoznając w garderobie przywłaszczone miejsca jej i jego, dzieci, miejsca wspólne i oddzielne.

Czułam, że wkraczam w intymność domu tak….

Resztę tekstu przeczytacie klikając TUTAJ (klik, nie chciałam kopiować całego, to dzieło Dorotki <3)

Close