fbpx
Close
Dzieci niegrzeczne nie są temu winne

Dzieci niegrzeczne nie są temu winne

Ostatnio na moim Instagramie, a dokładniej pod tym zdjęciem(kilk) dałam upust moim emocjom. Zrobiłam to dosyć ryzykownie, przecież mogłam zostać przez Was zjedzona ;) Nie każdy zgadza się z moją tezą postawioną w tytule tego wpisu. W ostatnim czasie zadziały się dwie sprawy, które mnie strasznie zakłuły i dały do myślenia. Jestem matką – to jak wychowam swoje dzieci, jaki im dam przykład, wiele wniesie w ich późniejsze życie. Rodząc chłopaków wziełąm na siebie wielką odpowiedzialność – odpowiedzialność wychowania małego człowieka, na dużą rozsądną i odrębną jednostkę. Mogłabym pisać długi elaborat o tym, na jakich bym chciała by wyrośli ludzi. Jednakże gdybym zaczęła, to wyszłaby z tego książka. Na pewno w głównej mierze chciałabym by byli odrębnymi jednostkami, na pewno nie synami mamusi, chciałabym by szanowali drugiego człowieka, oraz by byli zaradni.

Wszystko idzie w dobrym kierunku. Widzę jak szanują siebie nawzajem, jak szanują mnie i sprawiają, że obok siebie czujemy się bezpiecznie i możemy wszystko sobie powiedzieć. Dodatkowo zaczynając odrębny temat jestem jeszcze lwicą, i nie dam ich również skrzywdzić. Wiem, że opiekuńczość matki i samodzielność dzieci to dwa wykluczające się obszary. Jednak można z nich korzystać obopólnie tak, by wszytko miało ręce i nogi.

 

 

Ostatnio wydarzyły się dwie historie, jak wspominałam powyżej, które zapadły mi w pamięć. Jedna odbyła się na placu zabaw. Otóż mały wygadany, chociaż chciałoby się napisać ‚wyszczekany’, bo tak mnie wyprowadził z równowagi, że gotowało się we mnie, chłopczyk, postanowił porozstawiać po placu zabaw moje dzieci. Plac zabaw, dosyć rozległy, dwuczęściowy, w samym centrum miasta, przewija się tam setki ludzi dziennie, i gdy ja tam chodzę z chłopakami, to nie spuszczam ich z oka. Harmider tam panujący, oraz ilość ludzi może w lada moment sprawić, że chłopaki mogliby się zgubić, czy mogłoby im się coś stać. A nawet! Jak to matki piszą czarne scenariusze – mógłby ich ktoś porwać! Oczywiście to wszystko się dzieje w mojej głowie, nic takiego nie prawa się stać, tak czy siak, nie spuszczam chłopaków z oczu. Przynajmniej bardzo się staram. Ten pewien chłopczyk widocznie był bez nadzoru mamy, bo później pytałam go nie raz gdzie są jego rodzice, to sam nie potrafił ich odnaleźć. Na moje oko 5 lat, taki jak mój Buba. Porozstawiał dzieci wokół siebie, na górę wchodzą tylko ci z bluzami, na których widnieją napisy, do bazy na dole wchodzą tylko fajni. Wyobraź sobie, że mój Oli nie spodobał mu się. Nie chciał wpuścić małego niespełna 4 letniego (skończymy 4 latka w sierpniu, na razie są 3) chłopczyka na drabinkę i próbował go zepchnąć. Zawsze na początku takiej sytuacji myślę sobie – nie ingeruję, chłopaki muszą się uczyć samodzielności. Ale gdy już wchodzą do sytuacji rękoczyny, nie daję za wygraną! Ruszam w jego kierunku i mówię: chłopaku, czy to twój plac zabaw? Nie! Dlatego wszystkie dzieci powinny z niego korzystać!

Oczywiście w głowie od razu pojawiły się wyrzuty sumienia, że może mój ton był za surowy, że może gdzieś jest jego matka i mnie widziała i zaraz mi przyjdzie powyrywać włosy z głowy, ale wyrzuty sumienia nie zdążyły się uspokoić, chłopak znów robił to samo! Poszłam wtem i się pytam gdzie są jego rodzice, poszedł ich szukać, i nie znalazł ich…wrócił i dalej robił porządek…

W takiej sytuacji, czyja to wina? Rodzic jest największym autorytetem dla swojego dziecka. Gdy rodzic ma dziecko ‚gdzieś’, to co ma dziecko do powiedzenia? Też ma rady starszych gdzieś!

Ja swoich chłopaków zawsze wysłucham i wiem, że oni również wysłuchają mnie gdy mam coś do powiedzenia.

 

 

Druga sytuacja, niedzielna plaża. 9 rano rozkładamy kocyk z ciocią Nani(kilk) i z chłopakami. Plaża jak prywatna, prawie nikogo nie ma. Koło 11 nachodzi się masa ludzi, kocyk na kocyku, jednak nasza miejscówka jest super, bo mamy trochę luzu, dlatego chłopaki wykopali rów z dostępem do wody na brzegu. Na początku tego rowu, który oczywiście znajdował się obok naszego kocyka, chłopaki zabawkami(wiaderkami i konewkami, które wzięłam z domu, by mieli zajęcie) nosili wodę z zalewu. Więc woda płynęła rowem z powrotem. Super zabawa. Dodatkowo jeszcze kilka dzieci z plaży podłapało temat i przyłączyły się do chłopaków. Jednakże jedna dziewczynka, wlewała wodę na początek rowu z takiej wysokości, że ten rów nie dość że się psuł, to dodatkowo błoto, woda i piach uderzały w mój koc i moje nogi. Temu zjawisku przyglądał się bacznie tatuś owej dziewczynki z zacnym uśmieszkiem. Nie chciałam sprawiać przykrości małej, dlatego mówię głośno do Cioci Nani: ciociu, tak na mnie chlapią, że muszę chyba przesunąć ten kocyk, na którym siedzę, ale ciężko tyłek podnieść!

Wtem się stało… NIC. Tatuś ani westchnął, stał nadal uśmiechnięty i patrzył na poczynania swojej córki. Zwróciłam jej uwagę. Nie chcieli już się z nami bawić i ostrożniej lać wody (bez ‚rozbryzgu’) tylko poszli budować swój rów, tamę i wszystko inne. Powiedzcie mi, tatuś nie miał empatii, bo nie potrafił się postawić w mojej sytuacji, nikt chyba nie chciał być w upalny dzień co chwilę traktowany zimnym błotem, oraz dodatkowo zamiast przeprosić i wytłumaczyć problem dziewczynce, to zabrał ją oburzony. Co dziewczynka wniesie do swojego życia na przyszłość? Że można kogoś krzywdzić i się obrazić jeśli mu nie będzie pasowało. Ostatnie zdanie uznam za puente tego wpisu i chętnie w komentarzach poczytam Wasze historie, bo TE pod TYM zdjęciem(kilk) są zaskakujące!

 

Poniżej zdjęcia może nie plażowe, ale z naszego ostatniego wypadu do Lublina :D

Close