bez-nazwy-11-792x414-2

FreshMail.pl

strata

[fb_button]

Widziałam ją. tak jakbym widziała siebie sprzed kilku lat, schowana pod ścianą, wypięta tyłkiem do całego świata. zabieg w nocy, łzy, brak makijażu.
Straciłam ciążę na wysokości 6tygodnia w `09roku, zostałam skierowana przez lekarza prowadzącego do szpitala. nie miałam pojęcia co mnie będzie czekało.. tzw skrobanka, w środku nocy, gdyż przyjechałam wieczorem, a później jakby świat mi się zawalił. strasznie chciałam tego dziecka, najmocniej na świecie, niczego bardziej nie pragnęłam… ciągle o tym myślałam, jadąc na zabieg, nie pamiętam jak wracałam, narkoza.
otworzyłam oczy w środku nocy, sama jak palec bez bliskiej mi osoby. półmrok, lekkie światło, na sali 8 kobiet razem ze mną. ja – pusta i 7 brzuchatek dookoła, położna podchodziła do każdej sprawdzała puls dziecka, każde bicie serduszka było dla mnie jak nóż w serce, że do mnie nie podejdzie, że u mnie nic nie ma. jestem pusta, pusta w środku. nie ma we mnie życia…
pisałam już Wam, pisałam Wam o tym, że ciężko było mi się pozbierać, podnieść, nie chciałam ponownie zajść w ciążę, bo bałam się znówtej straty, potrzebowałam kilka lat.
pisałam Wam, że śniła mi się później dziewczynka na fotografii. na tej fotografii my, ja i robert, za nami łódka, a przy nas mała dziewczynka z gęstymi brązowymi włosami do ramion, machała mi rączką. jak żywa, a wiatr rozwiewał jej włosy, ta fotografia stała na komodzie, przyglądałam jej się kilka dni po stracie w snach..
jak zaszłam z Bubim w ciążę, byłam pewna że to będzie dziewczynka, ta, która mi się śniła, że wróci do mnie. jednak nie wróciła..
dla tak młodej osoby jaką wtedy byłam, było to coś nie do pojęcia. dziś sobie zdaję sprawę, że takie rzeczy się zdarzają.. że to była fasolka, taka kropeczka mała, ciąża na takiej wysokości, gdzie niektóre kobiety nawet nie wiedzą, że w niej są i ronią samoistnie. teraz to wszystko wiem, ale wtedy nie wiedziałam, nie mogłam patrzeć na te brzuchate. zazdrościłam im z całego serca.
i wczoraj ja byłam tą brzuchatą, ja i moja sąsiadka. w nocy przyjechała, bez żadnych rzeczy nowa dziewczyna, bez brzucha.. zapłakana.
spadła ze schodów, straciła ciążę.
musiała nas znosić, bicie serduszek, nasze brzuszki. nie patrzyłam w jej stronę, choć chciałam podejść i powiedzieć, słuchaj ja też, słuchaj pozbierasz się, życie przed tobą, dziećmi się nacieszysz… chciałam przytulić. ale wiedziałam, że ona sama, że ona sama musi się podnieść w sobie, wszystko przemyśleć, za parę lat zrozumie tak jak ja..
i tak leżała pod ścianą schowana, wypięta tyłkiem do całego świata, przyjechała z zabiegu w nocy, łzy nieustanne i brak makijażu…

 

XOXO
signature
comments [ 51 ]
share
No tags 0
  • przykre… łzy same cisną się do oczu. To straszne przeżycie… i zgadzam się z Tobą nie powinny kobiety dzielić sali wtedy z brzuchatkami. Jeszcze gorszą sytuację miała moja znajoma, która urodziła i z braku miejsc na położniczym położyli ją z dzieckiem właśnie na patologi i z dziewczyną która w tym dniu straciła dziecko… obydwie nie mogły poradzić sobie ze swoją obecnością…

  • daga

    matko kochana co Ty musialas przejsc :( sciskam Cie z calego serca! teraz masz Bubka i drugiego lada dzien tez bedziesz miala :)

  • Agu

    Popłakałam się:( nie wiedziałam ze tez przez to przechodziłaś. Ja poronilam w październiku poprzedniego roku. Oczyścilam się sama, to był 5 tydzień. Od tamtej pory coś się zmienilo.. inaczej reaguje na brzuszki wokol mnie. Tak bardzo zazdroszcze, pozytywnie. I jeszcze bardziej chcę być mamą. Za tydzień test po kuracji w klinice niepłodności… wielka nadzieja ze tym razem się udało..

    Tobie Aguś życzę szczęśliwego rozwiązania:*

    • Buuba

      w takim razie wszystkiego dobrego Tobie! Trzymam kciuki z całego serca!!! :*

      • Agu

        Dziękuję:*

  • Bardzo mi przykro… płakałam… bardzo emocjonujący i potrzebny wpis…

    Myślę, że obie strony przeżywają i każda czuje się nie zręcznie…

    Gdy tylko jest możliwość personel stara się zapewnić intymność… tak czasami brakuje miejsc… i wychodzi tak jak w tekście…

    Fragment ze snami magiczny… Podobno dzieci wybierają sobie rodziców, podobno się śnią, czasem ingerują i zmieniają imiona…
    Ściskam

    • Ania

      Ciężko mi było przeczytać to do końca bo łzy zamazywaly ekran telefonu. Miałam ciążę zagrożona, dwa razy lądowałam w szpitalu ale dzięki Bogu urodziłam zdrową córeczkę. Ściskam bardzo mocno i przytulam!

  • To jest straszne i nieludzkie. Takie kobiety nie powinny być w jednej sali. To okropny ból dla tej która straciła i dyskomfort dla tych które oczekują.

    • Buuba

      jestem tego samego zdania, stąd ten post.. sama tyle lat temu czułam się okropnie i od tej pory nic się nie zmieniło…;/

  • Asia

    Jednak dobrze jest mieć ordynatora za lekarza prowadzącego bo dzięki temu ja miałam oddzielna izolatke nawet łazienkę miałam osobna i mąż mógł zostać ze mną na noc…

  • Aga, napisałaś to fenomenalnie… Przytulam :*

  • Asia

    Choć w innym szpitalu gdzie rodzilam pierwsza córkę spotkała mnie również tragedia a mianowicie: moja Mała urodziła się z bardzo poważna wadą wrodzoną dostała 3% szans na przeżycie, pierwsze dni po urodzeniu umierala nikt nie dawał nadziei a mnie położyli na sali gdzie było osiem szczęśliwych mamus w tym jedną z blizniakami no i nie wytrzymalam zaczęłam się drzec skakać po łóżku i wreszcie się zlitowali i znalazła się izolatka:-)

    • Buuba

      dobry sposób;)

  • Monia

    Brak mi słów, popłakałam się.. Takie są realia, nikt z naszej służby zdrowia nie patrzy na to jak na jakiś dyskomfort, dla nich jesteśmy po prostu pacjentami.. Uwielbiam Cie za to że jesteś taka prawdziwa! Trzymam kciuki!

  • Ciężej przeżywać smutki gdy w tym samym temacie całe grono ludzi wznosi okrzyki radości. Powinno się umożliwić przeżycie tego po swojemu bez towarzyszących z brzuchami.

    Smutne :(

  • Mamka

    też przez to przechodziłam i tak samo w 6 tygodniu.. ;( z ta różnicą ze w szpitalu w którym ja przebywałam nie kładziono na jednej sali kobiet w ciąży z tymi które straciły ciązę ale to i tak nie zmniejza bólu po stracie dziecka. dzisiaj jestem szczęsliwą mamą 4 miesięcznego Synka :) życze szczęsliwego rozwiązania :)

  • donia

    Smutne i prawdziwe. Ja również straciłam ciążę w 8tyg i po zabiegu zachowywałam się tak samo jak Ona. Miałam to „szczęście”, że zabieg był rano, wiec mąż cały czas był obecny… I na oddziale świeciło pustkami, wiec na sali nie widziałam ani jednej ciężarnej kobiety (choć pewno i tak bym jej nie zauwazyla) Twój wpis przywołał bolesne wspomnienia, lecz przez to, co się wydarzyło jestem silniejsza. Juz wiem, że nie tak łatwo mnie złamać… Moja kruszyna na zawsze pozostanie w moim serduszku. P.s. W snach/marzeniach również widziałam dziewczynkę; a teraz jestem szczęśliwa mama chłopczyka:)

  • Ann

    Czytając twój wpis widzę jakby siebie.
    Mnie po porodzie bogu dzięki przewieźli do izolatki. Chociaż to zrobili dobrze. Mimo to słyszałam odgłosy Ktg z sal obok. Straciłam wtedy córeczkę w 7mcu i naprawdę w tym momencie świat mi się zawalił. Nie wyobrażam sobie tego że mogłabym leżeć na sali poporodowej z innymi mamami :((
    Co do snu to mi kilka tyg później przyśniła się mała dziewczynka o ślicznych blond włoskach, nazywała mnie mamą i powiedziała żebym się nie martwiła i nie płakała bo wszystko będzie dobrze, pokazała mi paluszkiem gdzie mam spojrzeć i zobaczyłam siebie jak wracam ze szpitala z dzieciątkiem w rękach, z maleńką dziewczynką. To był jedyny raz gdy mi się przyśniła. Nie zapomnę tego do końca życia. W sumie dzięki temu postanowiłam jeszcze raz spróbować i pół roku po stracie zaszłam w ciąże. I też myślałam że będzie córcia a tu malutki chłopczyk przyszedł na świat, cały i zdrowy i baardzo upragniony.
    Aguś ja wierzę że nasze pierwsze dzieciątka to małe aniołki i one czuwają nad swoim rodzeństwem i nad nami :)

    • Ola K.

      Strasznie mnie poruszyła Twoja opowieść o dziewczynce,że pokazała paluszkiem na ciebie i dzieciątko…Nawet nie wiem czy jestem w stanie wyobrazić sobie ten ból i cierpienie jakie musialyscie przejść po czymś takim, pomimo iż sama jestem mamą… Ściskam was wszystkie, jesteście fenomenalne!!

    • Buuba

      aż ciarki mam na plecach…
      strasznie Ci współczuję….

  • gosia

    Smutne. Też byłam świadkiem takiej sytuacji, jednak w Hajnowcce po zabiegu kładą na inna sale.

  • Kiedy leżałam na patalogii przed porodem dwukrotnie do trzech „brzuchatek” przywieziono nam na salę dziewczyny po takich zabiegach :( One zapłakane, samotne, milczące… A ja bezradna, bo co mam jej powiedzieć, uśmiech też nie na miejscu… Moje najgorsze wspomnienie ze szpitala… NIGDY, ALE TO NIGDY w szpitalach nie powinno być takich sytuacji! Jak dla mnie to narusza w pewien sposób naszą godność… :( Drugi przypadek – bardzo bliska mi osoba z rodziny poroniła… ten sam scenariusz, te same traktowanie… a do tego źle przeprowadzony zabieg i kolejny przymusowy po tygodniu od poprzedniego… Jakiś koszmar! Wiem i rozumiem, że każda kobieta najpierw sama musi się uporać z emocjami, z tą pustką, bólem, ale wydaje mi się, że pomoc psychologa po takich zabiegach powinna być „w pakiecie”. Może choć trochę byłoby im lżej…

  • Post bardzo pięknie napisany. Wzruszający.

  • Mieszkam w małej miejscowości. U nas w szpitalu starają się łączyć pacjentki w pokojach w podobnych sytuacjach. Jak leżałam na kolkę nerkową w ciąży to miałam współlokatorki też nerkowe. Jak jechałam rodzić w 32tc to dostałam osobny pokój i dopiero jak byłam mobilna dołączyli mi dziewczyny w podobnym tygodniu ciąży na obserwacji. Jak wróciłam do szpitala po wypuszczeniu na jeden dzień to mnie zapytali czy chcę do pokoju w którym byłam bo łóżko nadal wolne. Jak nie mieli dziewczyn w podobnej sytuacji to mnie pytali czy chcę oddzielny pokój czy wolę towarzystwo i mi powiedziały jakie. Ale faktem jest że to mała miejscowość i zazwyczaj poza wyjątkami czasami jest dosyć pusto i maja te wolne pokoje jak potrzebne :)

  • Ewelcia

    Współczuję – sama miałam podobną sytuację tylko ja z pozycji tej szczęśliwej przyszło mi leżeć na patologii ciąży z braku miejsc na salach poporodowych. ^ dziewczyn z czego ja już jako szczęśliwa mama. Trauma dla wszystkich – dlatego następne dziecko rodziłam już w prywatnej klinice aby drugi raz tego nie przeżywać.

  • klara

    miałam 22 lata. 3rok studiów za sobą,jeszcze tylko rok do inżyniera…ale nie to było najważniejsze. nigdy nie liczyła się kariera…praca.
    od zawsze tylko rodzina. od najmłodszych lat na pytanie co będę robić w przyszłości – mówiłam ,że będę mamą gromadki dzieci…
    Mój narzeczony lat 32.w związku razem od 4,5 roku.
    Niczego nie było nam do szczęścia potrzeba. dziecko. najcudowniejsze z marzeń… wspólne pragnienie.ponad rok starań i lekarze rozkładający ręce mowiacy”wszystko z wami ok,mozecie miec dzieci”
    moja mama od zawsze powtarzała,że jestem bardzo dojrzała…a ja…ja miałam instynkt od kiedy pamiętam. kocham każde dziecko,które spotykam na swojej drodze. niesamowicie się z nimi dogaduję. z nikimi nie lubię rozmawiać tak jak z dziećmi…

    …pewnego dnia…
    … czuję … coś niesamowitego. pomijam objawy…czuję,że będę mamą i mimo negatywnego testu jadę na betę…po kilku godzinach wynik… ciąża! dzidziuś…maleństwo.moje,nasze.wymarzone <3
    cudowne uczucie. ogrom szczęścia.od dzis mamy już wszystko.. idealne życie.
    po 2dniach pozytywny test płytkowy,na pamiątkę. jeszcze większe szczęście. jedziemy na wies do rodzicow…kupujemy pęk balonów z helem. nie widziałam chyba nigdy takiej radości wsrod moich bliskich.
    umowilam się do lekarza. mojego zaufanego. tego,ktory pomagał i nawet jak byly problemy wyleczyl.
    wizyta za 2 dni,zaraz jak tylko wroci z Dominikany…tak,odebral telefon ode mnie nawet tam,bo wiedział ze ponad rok staran i telefon w srodku nocy to nie na żarty…wspanialy czlowiek.

    zaczyna boleć mnie brzuch. bardzo mocno… wszyscy mowia,ze tak jest,ze to normalne.. nie. nie. boli coraz mocniej,w ciagu godziny zaczynam krwawic…. wszedzie krew… jedziemy do szpitala.
    tam… 10 stron formalnosci. 300 pytan. problem z tym,ze chce upowaznic narzeczonego do informacji o moim stanie( bo przeciez jak nie maz to nie rodzina)
    badania.oczyszczanie. leżę na sali z kilkoma kobietami,ktore lada chwila pójdą rodzić… płaczę. caly czas placze. nie moze nikogo przy mnie byc,bo to nie sala odwiedzin przeciez…
    od lekarzy i pielegniarek slucham "5 tydzien,wiele kobiet nie wie o ciazy nawet,tak sie zdarza,to normalne" "taka mloda jestes,masz czas na dzieci…"
    nic nie mowie. placze…
    wyrywa mnie z patrzenia w sufit jedna z ciezarnych,bierze moją rekę,patrzy na opaskę (imię,nazwisko,WIEK) i mowi: taka młoda… skończ dziecko ryczeć. ja zaraz idę rodzić i muszę być na siłach a tetno zanika co chwila i nie moge sie denerwowac….
    wpadam w jeszcze wiekszy poploch,ukrywam glowe pod poduszka..pamietam to wszystko. pamietam to jak nie chcialam jej przeszkadzac,jak bylo mi wstyd ze placze a one zaraz rodzą i boja sie o swoje dzieci(bo to przeciez patologia ciazy)
    ale jedna z sasiadek wyrywa sie i mnie broni… mowi
    -zostaw ją… idz zapal jeszcze jednego(oschlym tonem i z poczuciem wstydu za ową panią)…
    -czwórkę urodziłas to i piate urodzisz.
    -daj dziewczynie poplakac..

    więcej nie pamietam. stracilam przytomnosc. byl krwotok. kolejny dzien podobno bylam juz sama na sali. pozniej dom.
    nie mam swojego miejsca od wtedy…
    mimo,ze jestesmy rodzina,prowadze dom,pracuje,studiuje…
    kazdy powie "masz jeszcze czas"
    nie mam do cholery. nie mam…
    nie zrozumie ten kto nie przeżył.umarła część mnie. i mimo,ze nadal usmiecham sie na ulicy do ciezarnych to cierpie… caly czas.
    i ludzie powiedza,bedziesz miala kolejne… ale bol pozostaje.
    a kolejne… nie bedzie tym samym. niewiadomo czy bedzie…

    dzis na kilka dni przed spodziewaną miesiaczka …jak za kazdym razem. objawy ksiazkowe jak na ciaze. ale juz się nie cieszę… węch,smak,piersi,krecenie w glowie,ochota na gofry… to moja psychika. tak mowi psycholog…

    najgorsze z uczuć… że kolejny raz nie będę już mamą.

    trzymaj się Aguś. dbaj o maleństwo i Bubka.
    gratuluję,że powiedziałaś o tym co czujesz… dlatego tez napisalam swoją historię,kasując wszystko z 3 razy…
    wiem,ze czasami lepiej wykrzyczec swiatu niz trzymac w sobie…

    zdrowka dla was.
    i WY dziewczyny nie poddajcie się. nasze aniołki czuwają.
    30.IV.2013 [*]

    • Jesteś Wielka że to napisalas. Szacun i dużo ciepła i usciskow serdecznych wysyłam. I życzę Ci tego czego pragniesz najbardziej. Wzruszyłas mnie do łez. Pozdrawiam bardzo bardzo serdecznie.

    • Kinga

      Bardzo Ci współczuję, klara. Tobie i wszystkim kobietom, które straciły dziecko. Byłam w Twoim wieku, gdy to przeżyłam.
      Wiem, jak ciężko się podnieść i jak bardzo nie chce się słyszeć tych wszystkich mądrych rad. Pamiętam słowa mojej starszej siostry „jeszcze będziecie mieli dziecko”, kiedy ja chciałam właśnie TO! TO, które straciłam! Pamiętam słowa teściowej, która całą sytuacje nazwała chorobą. Wielki ból i żal. I długie miesiące zastanawiania się, dlaczego to spotkało właśnie nas? Potem długo nie czułam się na siłach, bałam się. Minęły trzy lata zanim poczułam tę radość znów i kiedy test pokazał dwie kreski płakałam ze szczęścia. Całą ciążę byłam jednak bardzo zatroskana, bo wiedziałam, że drugi raz bym tego nie przeżyła. Teraz jestem szczęśliwą mamą 9 miesięcznej dziewczynki. Ale o moim pierwszym dziecku nie zapomnę nigdy. I wiem, że tej cząstki mnie już nikt i nic nie zapełni…
      Życzę Ci samych szczęśliwych dni. I tupotu małych stóp!

  • izka

    Bardzo Ci współczuję, ponieważ wiem, co przeszłaś i co przeszła tamta dziewczyna… Sama straciłam moje pierwsze dziecko w 8 tyg ciąży (nie rozwijało się – po 2 dniach w szpitalu został sam balonik ( zarodek się wchłonął), który usunęli podczas zabiegu i zostałam położona z trzema paniami na schyłku ciąży,które cały czas rozmawiały o wyprawce, imionach swoich dzieci itp. wtedy wypłakałam chyba najwięcej łez w swoim życiu… Na szczęście była przy mnie moja najlepsza przyjaciółka i dzięki niej wyszłam z tego i mam teraz 2 śliczne córeczki:)

  • Kasia

    Tooco piszesz nie mieści mi sie w glowie… poronilam dwa lata temu…. i gdyby polozylinie na sali z brzuchatkami to chyba popadlabym w jeszcze wieksza depresje…ja wyladowalam na ginekologii
    ale jak ja zazdroscilam dziewczynie ktora lezala obpk mnie. Plamienia ustaly leki pomogly i wyszla do dpmu z nakazem lezenia…. a ja po trzech dniach uslyszalam ze plodu nie ma o muaze przejsc zabieg czyszxzenia….

  • Patrycja

    Poryczałam się … poszłam, zrobiłam kawę … kilka głębokich wdechów, wytarłam oczy … teraz mogę pisać … ja ciąży nie straciłam, ale … niestety było bardzo blisko … do tej pory „siedzi” gdzieś we mnie wspomnienie tamtego poranka … pełnego łez, strachu … to był początek początków mojej drugiej ciąży … skurcz, krwotok, panika … pierwszy telefon do ginekologa – głos w słuchawce opanowany, ale stanowczy – natychmiast do szpitala … do szpitala wiezie mnie teściowa, jedziemy szybko, choć droga dłuży się niemiłosiernie … a w szpitalu? życie toczy się swoim torem, w rejestracji – „kolejna z krwotokiem!” :O:O .. rycze, gula w gardle rośnie, serce pęka … pęka trzy (??!!) godziny zanim ktoś się mną zajął … a w głowie tysiąc myśli, obrazów … dobrze siedzę, a może powinnam się położyć, żeby brzucha nie uciskać? pochodzić, czy siedzieć? to moja wina, napewno moja wina, … nie dam sobie z tym rady :( … stach, płacz … dziwne spojrzenia pielęgniarek … wreszcie przychodzi lekarz, każe się położyć … mój wzrok zaraz wędruje na ekran monitora usg … monitor w sekundę lekarz przekręca, żeby nie patrzeć :( …. kolejny wybuch płaczu :( … „jest ok” mówi lekarz .. ja ok, czyli? …. lekarz do pielęgniarki: proszę pisać pacjentka w stanie ogólnym dobrym, zgłosiła się do szpitala z krwotokiem, ciąża pojedyncza utrzymana … ja: panie doktorze, dlaczego tak się stało? … lekarz: trudno powiedzieć, takie rzeczy się dzieją … takie rzeczy? takie rzeczy? przecież to moje dziecko! DZIECKO! to nie są takie rzeczy … potem szpitalne łóżko chuchanie i dmuchanie … patologia ciąży .. tysiąc historii, co jedna bardziej przeraża … słuchawki na uszy … pozytywne myślenie, będzie dobrze, będzie dobrze! … w uszach snuje się melodia: ” Kryję twarz za zasłoną rąk, gdybym mógł pewnie uciekłbym stąd …. ” … na patologii ciąży byłam jeszcze 3 razy … za każdym razem wspomnienia wracały … odliczałam tygodnie do „bezpiecznego” tygodnia … wreszcie wrześniowego czwartkowego popołudnia odstawiam leki na podtrzymanie ciąży … w piątek rodzę Franka … jest mój kochany! jak dużą wolę istnienia ma tak mały człowiek? nie dał się wszystkim złym wiatrom … mój kochany … Franciszek pocieszek Boży … :) … wspomnienia odżywają w momentach wzruszenia, gdy parzę na moje dzieci …odżywają jak czytam historie takie jak ta … piękny tekst! pozdrawiam :)

  • Judyta

    siedzę za biurkiem w pracy i ryczę po kryjomu:(( ech, Aguś, jaki z Ciebie silny człowiek:)

  • Popłakałam się, bo niestety sama byłam w tej sytuacji… dwa razy. Pamiętam dokładnie szpital i wszystkie myśli. Tego nie da się zapomnieć i nie da się zrozumieć. Trzeba nauczyć się z tym żyć.

  • puszeczka do herbaty

    Znam to oj znam,moze nawet te same lóżko.W 09mialam puste jako obylo sie bez leżenia.Teraz w 6 t trafiłam do szpitala i „raczej nic z tej ciązy nie Bedzie.czekałam od wtorku do piątku,krwawiąc,widzac jak inne brzuszki żyją,serce mi się kroilo.To ja bylam ta smutna,ta wystraszona.pewna mloda lekarka powiedziala,że wie ze to nie humanitarne ale nie ma na to wplywu lekarz.Moj synek wykazal się wielka wola walki,w domu dwie córki i rysunek mojej córki,nasza rodzina,wózek i „życze ci mamo aby cos bylo z dzidziusia”.puszeczka do herbaty

  • juss

    Miałam 23 lata i guza jajnika, czekałam na operację w poznańskim szpitalu na oddziale patologii ciąży – kto wie dlaczego…. Obok mnie dziewczyna z problemami genetycznymi przy ciążąch, poroniła po jakichś silnych lakch na skurcze.. tuż przy mnie, lekarz wyciągnął spod niej czerwone zawiniątko i wrzucił do kosza. Nie wiem co czuła ta dziewczyna, chyba niewiele starsza ode mnie, bałam się odezwać, ale to co ja czułam było potworne, do tej pory mam ten śmietnik przed oczami… Szpitale są straszne.

  • Współczuje i Tobie i każdej kobiecie która przez to przeszła. To coś strasznego, aż łza kręci się w okół oczu jak to czytam. Człowiek na codzien nie zdaje sobie sprawy i martwi się duperelami jak inni w tym czasie przechodzą tragedie. Zyczę powodzenia i szybkiego rozwiązania, badz dzielna!
    * ciazarna z 29 tygdonia.

  • Też byłam tą brzuchata. Mi robili USG a ona roniła za parawanem obok. Czułam sie strasznie bo pamiętałam emocje które towarzyszły mi jak dostałam diagnoze, że moją Chibi straciłam. Ale u nas jakimś cudem, jakimś najwspanialszym błędem medycznym, misdiagnozą ona jest teraz z nami i wspólnie cierpimy przy ząbkowaniu. Cudem nie wypinałam tyłka. Podobne emocje miałam kuedy moja zaczęła mi się przedwcześnie rodzić. Nienawidziłam donoszonych a te co dygały po korytarzu po terminie i tylko jęczały, że to niesprawuedliwe. Boże chciałam je powystrzelać. A potem to ja w 42 tyg tak dygałam.. Piękny, smutny tekst i najprawdziwsza puena. Kobieta musi sama się z tym uporać.

  • Bernadka

    Hm.. byłam w dokładnie obu sytuacjach które opisałaś.. W 2011 roku straciłam dziecko w 7 tc – miałam to szczęście, że mój szpital zawsze na patologii ciąży ma przeznaczony pokój 3 osobowy dla kobiet po stracie.. Ale widok kobiet w ciąży na korytarzu był nie do zniesienia.. Nie wiem co by było gdybym musiała leżeć z nimi w jednej sali

    W 2013 urodziłam córeńkę – śliczną zdrową i moją pierwszą – hm a może drugą :) I wtedy też ten sam szpital, wychodząc z niego spotkałam na korytarzu, śliczną, zapłakaną kobietę czekającą na usg. Nawet nie popatrzyła na mnie, wzrok wlepiony w podłogę, przpypomniałam sobie mnie siedzącą dokładnie w tym samym miejscu i z dokładnie takim samym wzrokiem. Wiedziałam że te chwile są dla niej koszmarem i chciałam jej powiedzieć nie przejmuj się to wszystko minie – ale pamiętam też że wszystko co do mnie wtedy mówili ludzie przynosiło dokładnie odwrotny skutek od zamierzonego.. Tak więc zostawiłam ją i poszłam dalej..

  • Nina Bielecka-Cłapka

    4.01.2011 32t2d ciąży… zimno…. wstaję rano, i czekam na „dzień dobry” od mojej małej córeczki… czekam…. trącam brzuch… zaczepiam… cisza… i nagle ta pewność… stało się, to co mogło najgorszego… wstałam, wzięłam psy i wyszłam z domu, szłam a łzy zamarzały mi na policzkach… wróciłam do domu,zadzwobiłam do lekarki…” pani Nino proszę przyjechać do szpitala,ale malutka pewnie śpi”ja wiedziałam swoje… obudziłam męża i pojechaliśmy, po drodze czuje delikatne skurcze… dojeżdżamy… kładę się na leżance a połoźna sprawdza tetno…jest…147″ widzi pani, mala spi” i kiwbiecie hlowy mojej lekarki… ona wiedziala, ja tez- to moje tetno… nie dziecka… USG i wyrok…serduszko nie bije… korytarz, zaplakany maz i telefon do mamy:”Mamo nie ma,jie ma Amelki”… 5.01.2011 godz 11:55 rodze mojego Aniołka… mamy osobna sale… mam czas na pozegnanie… polozne byly w szoku bonprzeciez jak to dawac matce martwe dziecko… pozniej plakaly ze mna…7.01.2011 pogrzeb… taka jest nasza hostoria… dostalismy osobna sale, ale nigdy nie zapomnr jak patrzyly na nas inne pacjentki… jak milkly rozmowy kiedy szlismy korytarzem…. jak kazda kladla dlon na brzuchu…
    11.07.2012 r pi ciezkiej ciazy, 8tyg na patologii przrz cc urodzilam zdrowego synka… choc i o jego zycoe toczyla sie walka, bo zamknely sie pseplywy w pepowibie,ale nad bim czuwala Amelka Nasz Aniol…

  • Rozi

    Tekst jest powalająco dobry… Powiem tylko: ja też. 6 tydzień. Samoistnie, ale tak bardzo chciane, że bolało „w środku” okrutnie. Wiedziałam tylko, że tak być musi…że to oznaczało iz zarodek jest źle wykształcony…że taka kolej rzeczy…natura. Wiedziałam albo chciałam tak myśleć. Dziś oczekuje tak samo jak Ty drugiego potomka – nie poddaliśmy się :-*

    • Kornelia

      Ja również straciłam mojego pierwszego dzidziusia w 8 tyg. Jak przypomnę sobie ten moment, moment tego usg, małe dzieciątko, dosłownie zwinięte w kłębek, jakby się chowało przed czymś złym…Miałam plamienia, ale myślałam,że tak sie może zdarzyć, że to nic złego w sumie. Pojechałam do polikliniki, do Arciszewskich, (wiesz gdzie Agnieszko :) ), mówię jaka sprawa. Jeszcze przypomina mi się jak czytałam w artykule,że już rączki i nóżki są widoczne, mówię wtedy do mojego męża, zobaczymy rączki nasze małe! Wchodzę do gabinetu, robi mi doktor usg, wypatruje mojego dzieciątka, są rączki, tak złączone ze sobą, jak do pacierza dosłownie, a gdzie serduszko? Myślę sobie, kwestia przybliżenia pewnie obrazu. Ale nic się tam nie rusza…Lekarz mówi, przykro mi, ciąża obumarła. Wychodzę z wiskiem z gabinetu, lecę w ramiona męża, wchodzi kobieta, 23:00 zegar wybił, a ona wchodzi i mówi : pomóżcie, rodzę. Dostałam skierowanie na zabieg, dzięki Bogu,że miałam możliwość wykonania go prywatnie. Lekarka, która przyjęła mnie w nocy, została do rana i ten zabieg mi wykonała, wolała nie oddawać mnie w ręce innych. Szłam tam jak na skazanie, przed całą procedurą, młode pielęgniarki głaskały mnie po głowie płaczącą, mówie, może zróbcie jeszcze jedno usg, może moje dziecko żyje, może się zmieniło. „jak poleciała krew to niestety, przykro nam” Policzyłam do 4, zasnęłam. Mój mąż gdy zobaczył mnie jak wywożą mnie z sali pooperacyjnej, w takim stanie, nieprzytomną, załamał się niesamowicie. A ja odnosiłam wrażenie,że zaraz mi moje małe zawiniątko przyniosą w kocyku, krzyczę do nich wszystkich : oddajcie mi moje dziecko! To jest najgorsze, gdy swój cały świat nosisz martwy pod sercem. Ja im tam nawet wykrzykiwałam,że nie chce żadnego zabiegu, może mi wszystko pognić, tylko nie zabierajcie mi dziecka. Czułam się dosłownie wypruta, pusta, bez sensu. Ile wypłakałam,że nie dotknę tych małych stópek, że nie pocałuję małych, kochanych rączek. Dziś wiem,że tak być musiało. W pierwszą ciążę zaszłam w grudniu, termin na 5 września. Cały rok po stracie czekałam,aż znów ujrzę dwie kreski. Nic takiego się nie działo. Straciłam wiarę. Aż do wigilii, po pół godzinie od testu wyszła druga kreska. Termin znów na 5 września. Czy to zbieg okoliczności?Że rok w rok, ten sam dzień zaszłam w ciążę? Mam niespełna dwuletniego synka, też w ciąży były problemy, plamienia, non stop się bałam. A teraz w drodze mam dla niego rodzeństwo. Kruszyneczkę, która się nie poddała, a którą myślałam,że straciłam. Krwawienia, plamienia, nie chce już nawet opisywać tego jak lekarze mnie z tą ciążą potraktowali w szpitalu.BA! w ogóle nie chcieli mnie przyjąć, bo mi dziecka nie przykleją na superglue. I chyba nie muszę opisywać jaki strach i histeria temu towarzyszyły…Dziękuję Bogu,że moje trzecie dziecko okazało się tak silne i że mnie nie opuściło. Ale wiem,że i tak do końca ciąży będę się o nie martwić. I przez te wszystkie przeżycia, opowieści innych, wiem jedno na milion procent – że moja pierwsza kruszynka, jest wysoko w niebie i czuwa nad nami. Moja miłość do niej nie zgasła i nigdy nie zgaśnie.
      A Tobie Agnieszko,życzę z całego serca – szczęśliwego rozwiązania i zdrowego dzidziusia :)

  • Ciężkie uczucie. 3 bliskie mi kobiety również przez to przeszły. Brak słów, żeby opisać stratę… więc czasem sobie myślę, że może lepiej nie wiedzieć. Widocznie tak miało być. Organizm nie był na ciążę odpowiednio przygotowany i nie ma w tym winy matki, która tak bardzo pragnęła, aby się udało. Życie bywa przewrotne, ale myślę, że może gdzieś w tym jest jakiś sens. Natura robi selekcję, by wydać na świat swoje najzdrowsze i najsilniejsze potomstwo ;)

  • :(

    • MamaAniołkaNatanka

      Jej… :( ja poroniła tydzień temu… w 13tc, trauma. mieszkam pod Warszawą… szpital Dzieciątka Jezus… 20:08… nie zapomnę tej godziny chyba do końca życia… Pani doktor podawała mi już rękę żebym się nie poślizgnęła wysiadając z karetki… pogłaskała mnie tylko po głowie… niosąc za mną mojego malutkiego Aniołka… Ból.. każde mrugnięcie powiek ukazywało mi cały dramat jaki dział się w domu… tak czekany, utęskniony synek… tylko dla nas przypieczętowanie naszej miłości… ciężko o niego było… dwa lata robienia płytkowych… dwa lata proszenia się lekarza o pomoc… i udało się bez pomocy. Kurczę… czytałam Twój wpis ze łzami w oczach… ja miałam komfort podwójnej sali ze współlokatorką w tej samej sytuacji… ale za ścianą porodówka… to bicie serduszek… ten pierwszy krzyk… to bolało jak cholera… i ten ból pozostaje… chyba bym nie przeżyła na sali z brzuchatkami… :( pozdrawiam Was i ściskam mocno…. może mi też się kiedyś uda…. :*

  • Tyna

    Polecam książkę „Niebo istnieje… naprawdę!”

  • Ania

    „Spuściła dziecko w toalecie” takie słowa usłyszałam w 10 tc na sali zabiegowej od lekarza kiedy w moim sercu rozgrywała się tragedia, początkowo to lekkie krwawienie a potem ogromny żal i rozpacz… Ale w taki dzień jak dziś tulę mocnej do siebie swoją 3- miesięczna córeczkę I pamiętam o aniołku który miały by już 2 latka…

  • ANIA

    Wzruszając wpis ;( Bardzo współczuje każdej kobiecie, która poroniła ;*( W 2013 roku przed urodzeniem sneczka leżałam dwa raz na patologii ciążyw szpitalu USK w Białmstoku i powiem Wam wszystkim uczciwie, że było tdla mnie wielkie przeżcie, nie ze względu na mnie bo nic poważnego się ze mną nie działo, ale ze względu na to na co się napatrzyłam…. przez dwa dni pobytupierwszego razu i 7 następnego kilkanaście kobiet po poronieniu lub przed skrobanka leżały ze mną brzuchatą czekającą na poród na jednej sali. Nie zapomnę ich cierpienia, łez i bólu do końca zycia !!!! I swojego bicia serca, nerwów i tej bezradności, chciałam je jakoś pocieszyć, coś powiedzieć ale wolałam milczeć, bo przecież ja lada chwila miałam ujrzeć swoje dziecko a one nie ! Nie umiałam pojąc dlaczego lezymy na jednej sali to było okropne chowałam swój brzuc pod kołdrą żeby nie było im przykro, ale one i tak patrzyły na mnie z zazdrością ;( Jednej kobiecie dali tabletkę na wywołanie krwawienia, krew ciekła jej po nogach a ja jej pomagałam wstać z łóżka do toalety, potem zabrali ja na zabieg wróciła bez chęci do życia, a ja płakałam razem z nią w poduszke i modliłam się żeby ten koszmar się już skonczyl, chociaż nie dostyczył mnie bezpośrednio i oby nigdy tak nie było ! i modliłam się również za nią i za te wszystkie dziewczyny, które dane mi było spotkać w tym szpitalu, aby ich cierpienie się skończyło . Pozdrawiam wszystkie dzielne kobietki, które przez to wszystko musiały przejść, buziaki :*

  • Marta

    Czuje i rozumiem…3mce temu przeżyłam to samo, tylko 10tydz, zabieg, ciemna sala, samotność . To straszne, i życzę nam wszystkim nigdy więcej tego nie przechodzić. Nigdy.

  • Aurelia

    Straciłam trojaczki…do dziś nie potrafię się ogarnąć. Pozdrawiam.

    • Buuba

      :(((

  • To musi być straszne przeżycie… Tak bardzo współczuję, że musiałaś przez to przechodzić, ale już jest dobrze :) Czas leczy rany, uczy… Jej też pomoże czas i myśli. Trzymam kciuki.

FreshMail.pl