fbpx
Close
‚O METODACH’

‚O METODACH’

Jeden tekst Basi publikowałam już TU. Są bardzo mądre, uwielbiam je, za jej pozwoleniem przekazuje Wam kolejny. I niech będzie dla Was przestrogą!

O tym, że dzieci są bardzo mądre i nie powinniśmy nimi manipulować, enjoy! :)

 

Staram się nie oceniać innych rodziców. Znanych mi bliżej i dalej.
Zwłaszcza tych dalej.;) 
Nie lubię się mądrzyć i na podstawie przelotnie zaobserwowanej sytuacji wyciągać daleko idących wniosków. Że „jak ktoś tak mógł” i „ja wiem lepiej”.
Zdaję sobie sprawę, że rzeczywistość z dzieckiem bywa nieprzewidywalna, że czasem można być bezradnym, zmęczonym, że można czuć się niepewnie lub nie wiedzieć jak się zachować. Albo mieć po prostu inne podejście, być może wcale nie gorsze niż moje.

Ale obserwuję ostatnio dwa rodzaje reakcji rodziców, tak bardzo typowe, tak często powtarzane, że nie mieszczą się w kategoriach epizodu, a bardziej w kategoriach zjawiska.
Na szeroką skalę! Co pójdziemy na spacer, to trafia się taka akcja. Poważnie.
Jakby jakiś rodzaj metody wychowawczej, często powielanego schematu, który mnie dziwi, wkurza i którego nie rozumiem.

Akcja pierwsza:
Ja, Bogu ducha winny przechodzień lub obserwator, wciągana jestem w rozgrywkę „wychowawczą” między rodzicem/opiekunem, a dzieckiem.
„Zobacz, pani sobie myśli ‚ale beksa z tej Zosi'”.
„Zobacz Pani patrzy, brzydko tak się zachowywać.”
„Nie grzeb pani w torbie, bo zaraz na ciebie nakrzyczy.”

WTF, ja się pytam? Dlaczego ktoś wmawia dziecku, że myślę coś, czego wcale nie myślę? Dlaczego przypisuje mi intencje, których wcale nie mam? Dlaczego ZAWSTYDZA dziecko i używa mnie jako instrumentu dla metody, z którą wcale się nie identyfikuję?
Nie wiem czy to z bezradności, czy z chęci „wytłumaczenia się” z zachowania dziecka przed przypadkowym obserwatorem… Nie wiem, ale wkurza mnie to niesamowicie. Bo stawia i dziecko i mnie w kłopotliwej sytuacji. 

Akcja druga, jeszcze bardziej wkurzająca:
Do rozgrywki wychowawczej wciągana jestem nie tylko ja, ale też moje dziecko.
„Zobacz jaka grzeczna dzidzia, wcale nie płacze!” 
„Zobacz jak chłopczyk ładnie idzie z mamą za rączkę, a ty tak rozrabiasz!”
„Widzisz chłopczyk ładnie siedzi w wózku, a ty tylko biegasz!”

Po pierwsze: sama idea ciągłego porównywania dziecka z innymi i stawiania go bez przerwy w roli „tego gorszego” jest moim zdaniem po prostu szkodliwa. Dla poczucia własnej wartości dziecka, dla jego poczucia wstydu, dla jego relacji z rówieśnikami. I dla relacji z samymi rodzicami, którzy w ten sposób dają dziecku do zrozumienia, że jest nie dość dobre, że inni są lepsi. Dodatkowo- wcale nie mam ochoty, żeby moje własne dziecko było przez kogoś stawiane w roli „lepszego”. Pozwolą państwo, że sama go pochwalę, kiedy uznam za stosowne.
Po drugie: Metoda jest nieskuteczna i daje efekt miecza obosiecznego. Na dowód- przykład z życia wzięty, „fakt ałtentyczny”:

Ostatnio w kościele usiadła obok mnie kobieta z chłopcem koło pięciu lat. Msza się jeszcze nie zaczęła i Stasiek akurat spokojnie siedział w wózku. No i pani zaczęła śpiewkę: „Zobacz jak chłopczyk ładnie siedzi, jak aniołeczek! Nie rozrabiaj, zobacz jaki chłopczyk grzeczny! Nie zdejmuj kurtki, zobacz chłopczyk siedzi ładnie w kurtce!” I tak truła temu młodemu i truła. A on niecierpliwie wiercił się na krześle.
Trochę drętwiałam ze złości, ale na pocieszenie myślałam sobie z brzydką satysfakcją, że zaraz pani się będzie musiała rozpaczliwie ze swoich słów wycofywać. I że z chęcią zobaczę jak to rozegra.
Bo, proszę państwa, moje dziecko ma niecałe dwa lata.
I tak jakby kiepsko wypada w roli autorytetu moralnego.

Oczywiście godna pochwały postawa Stasia bardzo szybko przeniosła się do kategorii pozorów, by zmienić się w normalne zachowanie dwuletniego dziecka w kościele. Staszek zaczął biegać- od klęcznika do nas i z powrotem. A że biega jeszcze dość niezdarnie, więc dość głośno tupał. Pięciolatek natychmiast podjął wyzwanie. I również tupał.
Pani rozpaczliwie: „Borysek nie biegaj!” A Borysek na to:
„Ale ON biega!!!”

TADAM! To się dało przewidzieć nie?… Dzieci nie są głupie! 
No więc śpiewka: „Ale on jest malutki, ale ty jesteś dużutki, ale Borysek proszę cię, ale Borysek nie biegaj, ale Borysek bo nie będzie bajki…”
Generalnie ostra rozwałka do samego końca mszy. 

Polecam gorąco inną metodę.
Mówienie prawdy.
Jeśli oczekuję jakiegoś zachowania od dziecka, podaję zgodny z prawdą powód.
Być może- patrząc krótkofalowo- trochę wolniej osiągam oczekiwany efekt, wiadomo Stach jeszcze mały. Ale jednak w końcu osiągam.
I myślę, że- patrząc dalekosiężnie- taka metoda jest jednak bardziej skuteczna.
Bo nie traktuje dziecka jak kogoś, kogo trzeba zmanipulować, tylko jak kogoś, kto myśli logicznie.

Nie zależy mi na tym, żeby Staś zachowywał się „jakoś” bo inni tak robią, czy przez wzgląd na opinię publiczną. Tylko raczej dlatego, że coś ma sens, że jest słuszne, że zależy na tym komuś, na kim jemu zależy.

Tak czuję, mam nadzieję, że dobrze czuję.

2DSC06113 1DSC06109

Close