fbpx
Close
SZPITAL – DR HOUSE POTRZEBNY OD ZARAZ…

SZPITAL – DR HOUSE POTRZEBNY OD ZARAZ…

Jesteśmy w szpitalu. Emocje mi opadły już, bo to co się działo, to przechodzi ludzkie pojęcie. Płacz i cierpienie mego syna, oraz niemoc, która mi towarzyszyła rozrywało mi serce. A człowiek czuje, czuje że coś jest nie tak, dlatego pierwszego dnia gorączki pojechaliśmy do całodobowej przychodni. Tam zdenerwowani w pośpiechu rozbieramy Bubka, czym prędzej, by jak najszybciej otrzymać pomoc. A tu pomału, powoli wychodzi stara babuleńka, nie wiem kto to, czy to pacjent czy kto, okazuje się że to lekarka. Osoba wg mnie powinna już dawno być na emeryturze. Rozbieramy malutkiego, męczy się (płacz, wysoka gorączka), obejrzała go i skierowanie do szpitala. Jedziemy na SOR (szpitalny oddział ratunkowy) tam na miejscu okazuje się, że wyniki (krew/mocz) są idealne. Nic nie widać. Sami jednak zauważamy, że w nosku jest sucha krew, a górna warga wraz z przestrzenią pod noskiem, jest delikatnie opuchnięta. Lekarze tego nie widzą.

Wracamy do domu.

Dzień drugi.

Bubek płacze, jest drażliwy nawet nie da się go rozebrać, gorączka na skroni pokazuje termometr 40.0 na czole 39.7. Dzwonię na pogotowie. Wszystko zazwyczaj nasila się to wieczorem. Bubi był nie do wytrzymania. Górna warga spuchnięta jeszcze mocniej. To samo się powtarza, rejestracja, inna już pani doktor, mówi, ze przy gorączce to normalne, (krew, spuchnięcie, marudzenie, lekka wysypka). Wracamy do domu, z niczym. I Cały czas podajemy mu co 6 godzin ibum, na zmianę z paracetmolem w syropkach. Nie jest dobrze, jest tragicznie.

Dzień trzeci.

Z rana za poradą MM wzywamy pediatrę do domu, prywatnie. Człowiek z małym komputerkiem, bardzo dokładnie robi wywiad i bada naszego syna. Zaleca leki od opuchnięcia, podaje nowe wytyczne i skierowania. Jesteśmy naprawdę zadowoleni, bardzo kompetentny człowiek, zaleca również konsultację laryngologiczną. Ale niestety leki, ani jego wizyta nie sprawiły by Bubek poczuł się lepiej.

Wieczorem znów zaczyna się to samo, w sensie że jest coraz gorzej (krew kapie z nosa intensywnie).  Jedziemy od razu na SOR. Nie zrobiono nawet żadnych badań, chcą kłaść na oddział. Gdyż doszła do tego taka wysypka, że był cały w plamki łącznie z główką. Nie odpowiadają na żadne pytania, nic nie wiedzą skąd opuchlizna itp.

Przechodzimy na oddział, Bubek nagi w samym kocyku, gdyż strasznie męczy go ubieranie/rozbieranie. Nie mam zamiaru go ubierać, nawet na ich polecenie. Na początku wizyta u laryngologa. Oboje rodziców nie może wejść. Lekarz wskazuje matkę, już wiem dlaczego, bo jest słabsza emocjonalnie i nie zwróci uwagi, że traktuje jej dziecko jak mięso w sklepie rzeźniczym. Wkładanie metalowej szkatułki na siłę do buzi i metalowych elementów do ucha nosa nie jest niczym przyjemnym. Stwierdza zapalenie ucha i antybiotyk.

Rozmawiamy z mężem, że jeśli będą leczyć ucho antybiotykiem (gdzie jest spuchnięta warga i nic do tego) to się wypisujemy. To powiedzieli, że nas do sądu rodzinnego podadzą… Zostaliśmy dla świętego spokoju i nie zgodziliśmy się na antybiotyk.

Podpisaliśmy klauzulę, że znamy zagrożenie, nie wyrażamy zgody itp.

Przychodzimy na salę, dwuosobową jako trzeci. Nie ma dla mnie kozetki, śpię na podłodze, dobrze że koc się znalazł.

To była noc z 11 na 12 listopada.

Dzień następny.

Górne usteczka osiągnęły gigantyczny rozmiar, że Bubek nie da rady nawet ssać smoka, przełykać a co dopiero jeść. Chodzę proszę o pomoc

-ale przecież Państwo odmówiliście przyjęcia antybiotyku

To znaczy, że już macie nam nie udzielać pomocy i mamy leżeć jak kłoda? Ale z Bubkiem było tak źle, że wszystko już jedno i mówię, to róbcie coś w końcu może być i ten antybiotyk byle szybko.

Lekarz nasz prowadzący, który przyszedł z rana okazał się być fajną babką. Powiedziała, że nikt na siłe nas tu nie trzyma, że będziemy w trakcie patrzeć by jak najszybciej nas wypuścić. Powiedziała, że zapalenie ucha przez noc na pewno postąpiło i że trzeba ponownie wizytę laryngologiczną. Idziemy. Lekarka po bardzo dokładnym badaniu stwierdza, że NIE ma żadnego zapalenia ucha!!!! Tylko jest ropień pod noskiem, lub krwiak.

I co ja się pytam, gdyby został podany ten antybiotyk na ucho? Co ja pytam by było? Mam szczęście i rozum i przeczucie. Przecież dbaliśmy o nosek by Bubek nie wciągał fluków, czapka była, przeciągów niet. To skąd te zapalenie miałoby być?

Dostaliśmy antybiotyk dożylnie z innej grupy, po godzinie od stwierdzenia. Nie można od razu? Tu, nawet na SORze gdybyś umierał, nic Ci nie pomogą bez komputera. Najpierw wprowadzanie danych itp. Nawet pytają ile pokoi masz w mieszkaniu Oo.

Cały dzień nosiłam Bubka na rękach, biednego, który nie dał rady jeść, pić, NIC. Jeden mój fałszywy ruch sprawiał mu cierpienie, dawał radę tylko na rączkach, a ja nie miałam kozetki by się wesprzeć. Dopiero jak wpadałam na (genialny) pomysł, że w regulaminie jest informacja że pierwszeństwo mają matki karmiące i żeby zabrać jakiejś co nie karmi, to cudem znalazła się wolna kozetka!

Nie wiem ile godzin trwał ten koszmar, to była kumulacja tego wszystkiego. Ale gdy już było lepiej, przyszła lekarz (inna) i pyta co Bubi jadł, ja mówię, że nic, a ona że co ma w ustach. A to krew! Krwiak pękł na szczęście, sam, bo inaczej zakładano by chirurgicznie drenaż.

Pomyślałam, że ja już byłabym lepszym lekarzem, nie stwierdzałabym żadnego zapalenia każdemu, i antybiotyku jak popadnie, na każdych wynikach krwi moczu napisane obok są wytyczne, a krew odróżniam od jedzenia. Oraz nie mówiłabym, że wysypka, opuchlizna, ból, marudzenie, to na pewno od gorączki i proszę jechać do domu. Decyzje każdego lekarza trzeba konsultować z innym, a nie polegać tylko na sobie.

Teraz jesteśmy już prawie na półmetku, ale lekka opuchlizna jeszcze jest. Od czego jest? Tego nie wie nikt, ja proszę o tomograf lub usg, by sprawdzić, że prawidłowo ząbki się wyżynają. Zarzucano nam nawet, że my pobiliśmy dziecko lub poddano go jakiemuś urazowi. (!).

Przez całe te jeżdżenie od pogotowia do SORu i na odwrót, miałam w myślach ten przypadek tylko, że rodzice wozili swoje dziecko z gorączką i je odsyłali a ono… umarło.

Był ten przypadek jakiś czas temu, bo nie zrobili wyników krwi..

Ale słuchajcie, gdybym nie chodziła, nie prosiła przez łzy, malutki by nie dostał kroplówki, która sprawiła by się nie odwodnił, ani nic przeciwbólowego. Lekarze nas skreślili po prostu, gdy odmówiliśmy antybiotyku. Gdy pokazałam zdjęcie w komórce, jak wyglądał wcześniej dopiero ich oświeciło, że to naprawdę coś poważnego.

O czasach PRL-u nie wspomnę, że tak to tu wygląda. Ale dobrze, że już jest dobrze. Czekamy pilnie na wyjście do domu.

Mam do Was kilka pytań:

Kąpać w szpitalu, czy nie kąpać? Nawet jeśli pobyt się przedłuży?

Jak sobie radzić w tej ciasnej sali (nie wietrzonej), gdzie w niej 30st C, a na korytarz wyjść nie można, bo niby infekcje, a okna sąsiadki nie pozwolą uchylić (nie mówię otwierać, tylko na takie doszczelnienie je ustawić).

szpital-buba

 

Możecie z nami być w tej chwili na bieżąco na instagramie.

 

Close